„Złożyłem w Panu całą nadzieję.
On schylił się nade mną i wysłuchał mojego wołania.
Wyciągnął mnie z dołu zagłady i kałuży błota,
a stopy me postawił na skale i umocnił moje kroki.”

    Do dziś słowa tego psalmu chwytają mnie za serce, bo faktycznie tak było ze mną. Zawsze wierzyłem w Boga. Byłem pewien, że istnieje. Moja wiara jednak nie była silna. Nie wierzyłem w to, że żyję w grzechu. Żyłem w nieczystości, przesadzałem z używkami, zażywałem narkotyków. Tak naprawdę wierzyłem w Boga, ale Go nie kochałem i żyłem bez Niego.


„Wyciągnął mnie z dołu zagłady i kałuży błota”

      To faktycznie był dół zagłady i kałuży błota. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wydawało mi się, że to mi daje radość i szczęście. Nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo nie poukładany byłem w środku. Do całego tego kotła, które wydawało mi się takie „spoko fazerskie” dochodziła ogromna pycha, która zjadała mnie od środka. Pycha, która przy najmniejszym rozczarowaniu lub porażce uderzała w moje JA – zabijając mnie. Pycha, która budziła zazdrość w stosunkach z moimi bliskimi i sprawiała, że byłem nieszczęśliwy, choć nie zdawałem sobie z tego sprawy. Zadawałem sobie pytanie: „czemu jest tak kiepsko, skoro ja jestem taki super?”. Ostatnią rzeczą, o jakiej bym wtedy pomyślał, że może dać mi szczęście i pokój wewnętrzny, była wiara, a ostatnią Osobą, do której bym się zwrócił, był Jezus Chrystus, który już wtedy mnie kochał (choć wtedy tego nie wiedziałem) miłością absolutną, za darmo, z moją grzesznością. Spędziłem w tym kotle ok. 5 – 6 lat. Po zdanej maturze miałem wyjechać do Londynu. Tam planowałem zacząć imprezować na maxa. Ułożyłem sobie scenariusz życia (w moim mniemaniu dający mi szczęście) z super imprezami, możliwością dostępu do narkotyków bez ograniczeń, łatwymi dziewczynami, które po imprezie będą chciały pójść ze mną do łóżka i bez kontroli rodziców. Nie zdawałem sobie sprawy, że to pakuje mnie w coraz to gorsze problemy z samym sobą i jak wielkim niewolnikiem swoich słabości byłem, mimo, że nazywałem się „człowiekiem wyzwolonym”.

„On schylił się nade mną i wysłuchał wołania mego”

        Przyszedł moment w moim życiu, że stanąłem na skraju. Mimo, że moi bliscy, opowiadali mi o Jezusie i przychodzili do mnie, przynosząc mi Dobrą Nowinę, ja w swojej pysze i arogancji odrzuciłem ją. Stwierdziłem, że mój mały świat jest o wiele bardziej atrakcyjny i nie wyobrażałem sobie siebie samego, który przestrzega przykazań np. nie cudzołóż. Było to dla mnie wręcz nierealne.
Pewnego dnia, parę dni przed wylotem do Anglii, poszedłem do kościoła (tak, chodziłem do kościoła i nawet wydawało mi się, że żyję dobrze. „Przecież nikogo nie zabiłem ani nic”… a jednak czegoś brakowało, w  moim życiu), słuchając kazania, poczułem ogromną falę lęku i niepokoju. Przepłynęła od stóp do głów. Wydawało mi się, że zwariowałem. To było straszne. Fala lęku przeszła, pozostawiając po sobie poczucie wewnętrznego niepokoju. Zamknąłem się w pokoju i nie wychodziłem przez kilka dni. Nie mogłem spać. W nocy budziłem się kilka razy. Modliłem się do Maryi na różańcu (choć przedtem nigdy tego nie robiłem). Wołałem o pomoc do Jezusa. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że takie stany lękowe wywołało u mnie zbyt częste palenie marihuany oraz rożne eksperymenty narkotykowe (niektórzy moi koledzy trafili do szpitala psychiatrycznego przez narkotyki). Po kilku dniach zdecydowałem się wyjść do ludzi. Skłoniła mnie do tego… impreza, która była taka jak wszystkie inne – bardzo dużo picia, dragi, dziewczyny. Pycha i zazdrość tak się we mnie obudziły na tej imprezie, że mimo używek czułem się okropnie, nie mówiąc o tym, że stan wewnętrznego niepokoju cały czas we mnie pozostawał.
Wróciłem do domu. Nie wiedziałem co mam zrobić. Stałem się niemiły dla otoczenia. Cały czas się modliłem. I w końcu, po paru dniach męczarni, do której sam się zresztą doprowadziłem, Pan wysłuchał mojego wołania. Moja siostra wróciła z Warszawy, żeby móc się ze mną pożegnać na lotnisku. Od razu zobaczyła, że coś jest ze mną nie w porządku. Powiedziałem jej wszystko. Ona niedawno przechodziła podobne rzeczy, ale kiedy ze mną rozmawiała była już nawrócona, uśmiechnięta, pełna pogody Ducha i wewnętrznego spokoju. Nasz dialog wyglądał mniej więcej tak:
– Co jest z tobą, bracie?
– Nie wiem. Jakieś zło się do mnie przyczepiło.
– To może chcesz, żeby się nad Tobą pomodlić?
– Eee, może później… albo najlepiej ja pójdę, a ty się sama pomódl.
– No chodź, będziesz miał z głowy.
Usiadłem. Gdy Wiktoria (bo tak nazywa się moja siostra) zaczęła się modlić, podjąłem decyzję o tym, że chcę poznać Boga. I On przyszedł z całą mocą. Zacząłem płakać. Płakałem strasznie, a pode mną była kałuża łez. Płakałem tak długo i tak strasznie, że myślałem, że nigdy nie przestane. Był to płacz, który mnie ogarnął i w żaden sposób nie dało się go kontrolować.

„Złożyłem w Panu całą nadzieję”

        Gdy po półtora godzinie skończyliśmy modlitwę, z ostatnim jej słowem płacz ustał. I ogarnęła mnie fala wewnętrznego spokoju. Czułem się uzdrowiony. Czułem się świetnie. Duch Święty zadziałał z wielką mocą. Nagle zacząłem się śmiać. Ogarnęła mnie radość. Szczera, absolutna, prawdziwa. Ogarnęła mnie tak samo jak wcześniej płacz. Nie mogłem jej kontrolować. Szczęście i radość po prostu rozpierały mnie od środka. Śmiałem się i płakałem ze szczęścia przez godzinę. Leżałem na trawie, śmiałem się i wyrzekałem się grzechów, żeby móc żyć z Bogiem. Żeby zacząć nowe życie, ponieważ On mi je dał. To była Boża miłość, której tak mi brakowało. Przez całe życie, czułem, że czegoś poszukuję, że czegoś mi brak. To było absolutne pragnienie Jezusowej miłości. I Ona mnie znalazła. Złożyłem w Panu nadzieję i zrezygnowałem ze starego życia, choć nie wiedziałem jak ono będzie teraz wyglądać. Wiedziałem, że chcę iść za prawdą i miłością.

„On stopy me postawił na skale i umocnił moje kroki”

      Jezus dał mi nowe serce. Teraz żyję z Nim. I wiadomo, że życie jest życiem i nie zawsze jest kolorowo, ale z Jezusem mogę przetrwać każdy ból, każda radość ma sens, a każde cierpienie zamiast mnie zabijać – uszlachetnia. I mimo, że zdarza mi się grzeszyć, nie trwam w upadku, spowiadam się i z każdym dniem staram się na nowo iść za Nim. Jestem bardzo szczęśliwy, chociaż moi starzy kumple „od imprez” tego nie rozumieją i wydaje im się, że zwariowałem. Ciągle imprezuję, ale prawda jest taka, że imprezy te mają inny charakter i mimo, że są huczne i spotykam na nich różnych ludzi, staram się aby zawsze podobać się Mojemu Mistrzowi, który dał mi radość. Teraz jestem naprawdę wolny.
Jasiek D.
Zobacz: Wspólnota Nowej Ewangelizacji „Ja, Pan” http://wne-jp.manifo.com/